Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 marca 2015

Pakowanie minimalistyczne

Ewolucja pakowania:
  • raz w życiu pojechałem w podróż z walizką, ale spacer przez 20 kwartałów wyłożonych maleńkimi płyteczkami chodników Barcelony wspominam jako koszmar. Walizka niestety również bez szwanku z tego nie wyszła
  • kiedy ruszałem w moją pierwszą podróż autostopem, plecak był ogromny (55 lub 60-litrowy) napakowany na maksimum i niewygodny
  • gdy K. zobaczyła mnie po raz pierwszy nieco się przestraszyła... i to co wspomina dziś to "ale ty miałeś ogromny plecak"
  • kiedy rok póżniej planowaliśmy już wspólnie pojechać wspólnie do Norwegii na dwa tygodnie, mój w pełni spakowany plecak ważył 22 kg... chyba całe szczęście, że wyjazd zakończył się już na rogatkach Poznania
  • podczas dwóch podróży do Maroka nasze plecaki były zawsze pełne, choć nie było w nich np. namiotu. Za pierwszym razem trzeba nawet było pozbyć się jednego ze śpiworów, aby zrobić miejsce dla nowokupionych rzeczy
  • do Tajlandii pakowanie było względnie łatwe - bez namiotu i śpiworów ani ciepłych ubrań, ale trzeba było być przygotowanym na ukąszenia, malarię itp.
  • w Japonii podobnie, liczyliśmy na cywilizowany nocleg, szybki transport Shinkansenem i rozsądne temperatury
  • w Bułgarii wystarczyły nam małe plecaczki, ale kiedy się ma gwarantowany transport i nocleg, nie potrzeba wiele
  • na autostopowym wyjazd do Słowenii udało nam się spakować w mały i duży plecak oraz namiot oddzielnie - bagaż mógłby być lżejszy, ale musieliśmy mieć ze sobą laptopa ze względu na to, że po powrocie jechaliśmy bezpośrednie na kurs do Warszawy
...w Chile i Argentynie mieliśmy być bite cztery tygodnie, ponadto planowaliśmy jeździć czasem stopem, być może wypożyczyć samochód i pomieszkiwać w namiocie. Temperatury miały się wahać między -10 a +30 stopni, więc w skrócie... trzeba było być gotowym na wszystko. I tu musieliśmy się mocno skupić na pakowaniu.


Nasze pakowanie wygląda zawsze mniej więcej tak samo:
  1. Tak na kilka dni przed wyjazdem w pokoju stawiamy dwa wiklinowe kosze, do których wrzucamy różne rzeczy, które wydaje nam się, że dobrze byłoby wziąć. Jeden kosz na ubrania, drugi na inne rzeczy.
  2. Przez kolejne dni dorzucamy do tych koszy wszystko co nam przyjdzie do głowy (i jest rozsądne), ewentualnie spisujemy na kartce to, co trzeba dokupić lub spakować na końcu.
  3. Kiedy orientujemy się, że rzeczy jest już zbyt wiele, dorzucamy jeszcze kilka ;)
  4. Dzień - dwa dni przed wyjazdem zaczynamy przerzucać rzeczy z kosza do plecaków, usuwając zbędne przedmioty lub szukając mniejszych/lżejszych zamienników.
  5. Dzień przed wyjazdem pakujemy się ostatecznie.
Zawsze pakujemy się ostatecznie dopiero w przeddzień wyjazdu - wtedy nie ma czasu na dorzucenie do bagażu kolejnych zbędnych rzeczy! 


Oto kilka gadżetów i rozwiązań, które znacznie ułatwiły nam naszą ostatnią podróż, pozwoliły na sprawniejszą obsługę bagażu, a przede wszystkim obniżenie jego rozmiarów i wagi:


Małe/lekkie przydatne gadżety:
  • superlekkie ciepłe kurtki (np. Uniqlo) - zajmują mniej więcej tyle miejsca co ręcznik turystyczny, a przy ubraniu doskonale trzymają ciepło i pozwalają przetrwać nawet mróz
  • cienkie nieprzemakalne i wiatroodporne kurtki przeciwdeszczowe (nie chińskie foliówki, ale normalne kurtki), które również da się zwinąć w małą kulkę
  • szybkoschnące ręczniki z mikrofibry
  • elektronika - cała nasza elektronika zmieściła się do woreczka śniadaniowego (nie licząc aparatu, jednak ten też mieści się spokojnie w kieszeni kurtki).
    • kilka kart SD (w zależności od tego jak dużo zdjęć ktoś lubi robić
    • smartfon z WiFi i GPSem
    • dodatkowa bateria do smartfona
    • kabel USB do ładowania smartfona z odpinaną wtyczą - można go ładować wtedy nie tylko z gniazdka, ale też z komputera w kafejce internetowej bądź w samochodzie
    • aparat fotograficzny na akumulatorek - teoretycznie aparat na baterie byłby lepszy, bo nie trzeba się martwić, że nie będzie gdzie naładować baterii, ale:
      • paluszki bardzo szybko wyczerpują się w niskich temperaturach
      • są ciężkie, a aparat zwykle potrzebuje aż 4 sztuki naraz
      • w miejscach turystycznych (np. Angkor) są bardzo drogie
      • jeśli są tanie, to zwykle są to podróbki lub wytrzymują zaledwie kilka minut (rekord to jedno włączenie aparatu!)
      • zużyte trzeba gdzieś wyrzucić
    • dodatkowy akumulatorek do aparatu
    • ładowarka do akumulatorka do aparatu
    • czytnik kart na USB
    • pendrive
    • zwykły, zapasowy, telefon wraz z ładowarką
    • przejściówki do wtyczek (więcej o przejściówkach w sekcji o zamiennikach
    • rozgałęźnik - najlepiej malutki rozchodzący się na 3 strony (czasami w hostelu lub na polu namiotowym jest tylko jedno gniazdko do dyspozycji), nam udało się znaleźć taki mały i zgrabny (na zdjęciu jego wielkość w porównaniu z kalkulatorem) z trzema dziurkami (po wymontowaniu uziemiania z chilijskiego rozgałęźnika)
  • kuchenka - wystarczy malutki składany palnik, do którego w każdym większym lub turystycznym mieście można kupić dokręcany kartusz z gazem
  • kawałek żyłki (ok. 1.5m) do wieszania prania (nam przydała się również jako uchwyt do pudła) i kilka drewnianych (może nieco cięższe niż plastikowe, ale zdecydowanie trudniej je połamać) spinaczy
  • sztućce - plastikowy łyżko-widelec i metalowy kombi-sztuciec całkowicie wystarczą dla dwóch osób. Metalowy jest konieczny, jeśli chce się np. mieszać gorące jedzenie.
  • termoaktywna bielizna - co jak co, ale nigdy wcześniej nie pomyślałbym, że dwie pary majtek i trzy pary skarpetek mogą wystarczyć na cały miesiąc (oczywiście przy codziennym praniu)
  • igła i dwa metry nitki nawinięte na małą karteczkę - bo zawsze w końcu coś się gdzieś rozpruje

Zamienniki:
  • torba podręczna - zamiast brać dodatkowy plecak na bagaż poodręczny (do samolotu) lub bagaż dzienny (np. podczas chodzenia po mieście czy wypadu w góry) skorzystaliśmy z torby na namiot. Gdyby namiot zostawić w torbie byłby nieściśliwą nieporęczną bryłą, która albo zajmowałaby pół plecaka albo trzebaby było ją nosić oddzielnie. My podzieliliśmy namiot na część lekką (tropik) i ciężką (cała reszta) i popakowaliśmy do plecaków. W takim układzie tropik, śledzie i rurki od stelażu praktycznie nie zajmowały miejsca (kilka razy nawet nie mogliśmy ich znaleźć w plecaku, tak sprytnie się ukryły!), jedynie nieco usztywniona podłoga zajmuje miejsce. Torba z namiotu natomiast ma optymalną wielkość, aby włożyć do niej najpotrzebniejsze rzeczy, wziąć ją na ramię lub ubrać jak plecak na plecy, a w zatłoczonych miejscach trzymać przed sobą
  • zapałki / zapalniczki - łatwo zamakające zapałki i zapalniczkę, w której zawsze może skończyć się gaz najlepiej zastępuje krzesiwo:
    • lekkie
    • poręczne
    • bezpieczne - można je wszędzie wnosić (do samolotu, muzeum itp.)
  • wtyczki-przejściówki "na cały świat" - zamiast nich najlepiej zabrać niewielkie pojedyncze przejściówki:
    • w razie czego można je ze sobą łączyć (np. nasza łądowarka do aparatu sprowadzona z Japonii ma tyczkę japońską, więc żeby ją podpiąć w Polsce już potrzebujemy do niej przejściówki)
    • pasują do wszystkich wtyczek
    • są bardzo poręczne
    • są pojedyncze, a więc jeśli masz 3 urządzenia do podpięcia możesz je podpiąć jednocześnie w kilku gniazdkach
    • są bardzo tanie (ok. 5pln za sztukę)
  • grube przewodniki i mapy - z których i tak zwykle się nie korzysta. Najlepiej zabrać jedną porządną mapę, a mapki pojedynczych map, adresy miejsc do odwiedzenia i informacje znalezione w internecie najlepiej wydrukować. Wtedy po odwiedzeniu konkretnego miejsca niepotrzebne kartki można wyrzucić, przez co z czasem ich szybko ubywa lub - co praktyczniejsze - używać ich pisząc na nich nazwy miejscowości, kiedy łapie się stopa
  • naczynia biwakowe - poza malutkim blaszanym kubkiem (0.3l) wzięliśmy tylko biwakowy aluminiowy garneczek, który:
    • jest bardzo lekki
    • kiedy jest w plecaku można włożyć do niego sporo drobiazgów (krzesiwo, spinacze, korkociąg, sztućce), przez co nie zajmuje praktycznie miejsca
    • można przerobić wedle uzania - ja zrobiłem w pokrywce dziurę, w krórą wkładamy na czas używania grubą śrubę - dzięki temu pokrywka zyskuje uchwyt, a także sprawuje się później jako talerz lub jako sitko (po wyjęciu śruby)
  • taśma duct tape - zamiast brać cały rulon taśmy z grubą tekturową i nieporęczną szpulą wystarczy nawinąć ok.2 metry taśmy luzem, a wtedy zajmuje ona tyle co pudełko zapałek
  • łańcuch i kłódka - zamiast grubego łańcucha i ciężkiej kłódki do zabezpieczenia bagażu czy szafki wystarczy cienki łańcuch i mała kłódeczka - jeśli ktoś zamierza coś ukraść to prawdopodobnie i tak ma sprzęt wystarczający do przecięcia lepszych zabezpieczeń
  • pudełka z lekarstwami - zamiast pudełek wystarczy jeden woreczek, do którego wrzucimy listki z tabletkami (tylko tyle tabletek ile będzie potrzebne), słoiczek z kapsułkami (jako listek zajmują mnóstwo miejsca)
  • tabletki na gorączkę, grypę i ból gardła - zamiast nich lepiej wziąć małą buteleczkę własnoręcznie zrobionego propolisu - działa o wiele skuteczniej i szybciej
  • otwieracze do butelek - butelkę z kapslem mozna otworzyć nawet kluczem, dlatego nie ma potrzeby zaśmiecać tym bagażu. Można wziąć ze sobą prosty korkociąg (sam korkociąg z drewnianą poprzeczną rączką), chociaż mi zdarzyło się raz otwierać wino długopisem... z powodzeniem!
  • światło - zamiast dużych latarek mała lekka czołówka z pewnością wystarczy
  • śpiwory - zamiast dwóch grubych śpiworów wystarczy w zupełności jeden - jeśli jest wytarczająco duży, dwie osoby naszej postury spokojnie się w nim zmieszczą. Natomiast drugi śpiwór - lekki i cienki - wielkości ręcznika turystycznego - przydaje się idealnie jako prześcieradło (kiedy pościel w hostelu jest brudna) lub jako ręcznik plażowy

Sposób pakowania:
  • plecak lekki (dla żony), w którym są jedynie ubrania, tropik od namiotu, mała parasolka itp. [ok. 7-8 kg]
  • plecak ciężki (dla męża) - sprzęt kuchenny, stelaż namiotu, jedzenie i inne ciężkie rzeczy) [max 11-12 kg]
  • torba podręczna:
    • lekkie kurtki
    • bieżące mapki
    • ciasteczka na awaryjny głód
    • aparat fotograficzny
    • elektronika (zapasowe karty SD i baterie)
    • 1-2 małe butelki wody
  • saszetka na szyję - dokumenty, karty SD zapełnione zdjęciami
  • udało nam się uniknąć obwieszania plecaków od zewnątrz, tzn. nawet przy maksymalnym zapakowaniu plecaków nie trzeba było wieszać śpiworów ani nawet karimaty z zewnątrz
  • duże pamiątki (obrazy, poduszki, ubrania, naczynia, paczki herbaty) kupiliśmy pod koniec podróży i spakowaliśmy do zwykłego sztywnego kartonu po oleju (40x30x30), który wzięliśmy z supermaketu; zamiennie można kupić tzw. ruską torbę - koszt również niewielki
  • niepotrzebne rzeczy z portfela zostawiamy w domu - zamiast czterech kart do bankomatu wystarczą z pewnością tylko dwie, karta na stołówkę, siłownię, a nawet karta dawcy też za granicą się nie przydadzą
  • kiedy pakujemy rzeczy do małych woreczków, po ich zawiązaniu spokojnie można odciąć całą górną część woreczka - i tak zwykle po otwarciu już nie będą potrzebne

Co moglibyśmy wziąć dodatkowo:
  • mała świeczka/znicz jako romantyczny dodatek do kolacji na polu namiotowym
  • kabelek pozwalający na podpięcie czytnika kart lub pendrive'a do smartfona - przydałby się, gdy chcieliśmy zgrać muzykę od kierowcy naszego autobusu. Koszt to kilkanaście złotych.
  • wtyczka samochodowa na USB
  • czarna taśma "izolacyjna" - do obklejenia znaków firmowych na aparacie, żeby mniej rzucał się w oczy

poniedziałek, 2 marca 2015

Podróżnicy hostelowi

K. zastanawiała się kiedyś gdzie są wszyscy młodzi Niemcy, którzy ukończyli studia, bo niby statystyki mówią, że absolwentów jest dużo, ale w każdej firmie, w której pracowała, to ona jest najmłodsza. No i zdaje się, że nzleźliśmy odpowiedź na to pytanie. Wszyscy Niemcy między 25 a 35 rokiem życia są akurat w podróży dookoła świata. W czasie naszych kilku podróży odwiedziliśmy wiele hosteli, ale podczas ostatniej najwięcej, więc automatycznie tez to nam się rzuciło w oczy. W każdym hostelu można spotkać co najmniej kilku młodych Niemców. Każdy młody Niemiec spędza w każdym hostelu co najmniej 4-5 dni. W ciągu każdego dnia spędza natomiast co najmniej pół dnia siedząc w hostelu, czytając książki, buszując po internecie, opalając się na balkonie. Nie zwiedza. Nie idzie na miasto. Nie przechadza się po rynkach staroci. Nie chodzi nawet po muzeach. Po prostu siedzi w hostelu i robi wszystko to, co równie dobrze mógłby robić u siebie w domu. Ale robi to tu, na drugim końcu świata. A czemu? Bo może?...

czwartek, 12 lutego 2015

Szok kulturowy i nie tylko

Coś co dla nas wydaje się naturalne i oczywiste, w innych krajach już tak oczywiste nie jest. Dlatego przed każdym wyjazdem lepiej jest dowiedzieć się co nieco o kraju do którego się jedzie, poczytać ciekawostki.

Niektórym wydaje się, że najważniejsze to sprawdzić gdzie czym należy dojechać, gdzie wymienić walutę i po jakiemu się porozumiewać, a tymczasem pułapki czyhają w zupełnie innych strefach.


Taksówki
W Polsce sprawa jest prosta. Wsiadasz - taksówkarz włącza licznik. Wysiadasz - płacisz kwotę widniejącą na taksometrze. Musisz "tylko" pilnować, żeby jadąc np. z Dworca Centralnego na Okęcie taksówkarz nie wiózł Cię przez Nowy Dwór Mazowiecki ;)
W Bangkoku taksówkarze są uczciwi. Tylko trzeba z nimi ustalić sposób rozliczania. Wsiadając do taksówki trzeba pokazać na taksometr. Jeśli taksówkarz powie "OK", to mamy pewne, że zapłacimy tylko kwotę widniejącą na taksometrze. Poza tym taksówki są dobrze oznakowane, a przed pasażerem zawsze leży licencja taksówkarska wraz ze zdjęciem, więc w razie czego wiadomo na kogo składać skargę (choć nie wiem czy by coś dała). Jeśli natomiast taksówkarz jest nastawiony na turystów lubiących dużo płacić (Amerykanów, Niemców), kiedy wskażemy na taksometr, on odpowie tylko uczciwie "No, sorry" i wiemy, że można z nim pojechać tylko za z góry ustaloną cenę (która jest wyższa niż ta, którą wskazałby taksometr). Taksówkarz w Bangkoku nigdy nie jedzie na około ani nie wlecze się, żeby nabić minut na taksometrze. Będzie pędził 100km/h w centrum miasta, jechał pod prąd i na czerwonym, byle tylko dowieźć Cię szybko do celu.
W stolicy kraju uczciwości, a więc w Tokio na pewno nie zostaniemy oszukani, można zapytać się kierowcy o orientacyjną cenę kursu, ale później i tak zapłacimy według taksometru.
W Chile i Argentynie teoretycznie można jeździć na taksometr, ale można też umówić się na cenę. Teoretycznie za szybą każdej taksówki jest duży napis ze stawką trasowo-czasową. My w La Serenie złapaliśmy w nocy taksówkę i taksówkarz podał cenę, która wydawała się nam bardzo rozsądna. Pojechaliśmy więc bez włączania taksometru i... okazało się, że zapłaciliśmy niemal połowę mniej niż byłoby to z taksometrem. Być może taksówkarz przeliczył się w odległości, ale wziął od nas tylko umówioną wcześniej zapłatę.
W Maroku cenę zawsze trzeba ustalić z góry. Jeśli jedziemy petit taxi, to płacimy za cały kurs tylko dla nas, więc nie zgadzamy się na żadne objazdy ani dosiadanie innych pasażerów. Jednak jeśli weźmiemy grand taxi, cena jest już za osobę i wtedy albo płacimy sześciokrotną stawkę (za pełny samochód) albo czekamy aż znajdą się dodatkowi pasażerowie zapełniający samochód.
W Kambodży ciężko opędzić się od taksówkarzy (jeden chodził za nami przez niemal godzinę!), za to stawkę i ilość osób trzeba bardzo jasno określić. Jeśli kierowca będzie chciał wziąć po drodze jeszcze innych pasażerów (a prawdopodobnie tak będzie), to musi albo zejść z ceny albo... wziąć pasażera na swoje miejsce.


Gniazdka elektryczne
Przed wyjazdem dobrze sprawdzić jakie wtyczki obowiązują w danym kraju i zaopatrzyć się w odpowiednie przejściówki. Ale i tu trzeba być uważnym. Np. w Chile teoretycznie obowiązują gniazdka identyczne do naszych, ale okazuje się, że niektóre nasze wtyczki, które mają nieco grubsze bolce, już do chilijskich gniazdek nie wejdą.


Papier toaletowy
Jeśli w kabinie lub w ubikacji stoi kosz na śmieci, prawdopodobnie wrzucanie czegokolwiek do ubikacji, włącznie ze zużytym papierem toaletowym, jest wysoce niewskazane. Teoretycznie można to zrobić, ale często podyktowane to jest tym, że rury odpływów są bardzo wąskie, więc... chyba nie chcemy mieć na sumieniu śmierdzącej katastrofy. Tak jest często (choć nie zawsze) m.in. w Chile, Argentynie, Tajlandii i Japonii.


Autobusy
Autobusy to często najszybszy i najtańszy środek transportu - krajowe loty są drogie, nie można przewozić wielu przedmiotów, a na lotniskach spędza się zbyt wiele czasu, a taksówki - wiadomo... bardzo drogie. Chociaż zdarzają sie wyjątki - np. do Siem Reap w Kambodży z granicy tajskiej nie kursują żadne autobusy, więc konieczne jest pokonanie tego stupięćdziesięciokilometrowego odcinka taksówką.
Chcąc korzystać z autobusów miejskich w Japonii, dobrze wcześniej przeczytać instrukcję jak się nimi posługiwać. Nie ma tam biletów, a co za tym idzie i kontroli biletowych. Po wejściu trzeba spojrzeć na wyświetlacz znajdujący się obok kierowcy. Tam pokazane są numery kolejnych przystanków wraz z kwotą, którą trzeba zapłacić. Np. jeśli wsiadamy i widzimy, że ostatnia pozycja na wyświetlaczu to 5 | 180, to znaczy, że nasz przystanek to nr 5, a my wysiadając musimy zapłacić 180 jenów. Po przejechaniu kilku kolejnych przystanków, kwota dla numeru 5 będzie stopniowo rosła i to właśnie ją mamy zapłacić wysiadając. Pieniądze trzeba wrzucić do skrzynki znajdującej się obok kierowcy. Z tego też względu nie wsiada się przednimi drzwiami. Czyli jest dokładnie odwrotnie niż w Niemczech, gdzie do autobusu można wsiadać tylko przednimi drzwiami, okazując swój bilet kierowcy.
W Maroku autobusem można przejechać pół kraju za bezcen. W dodatku niemal pustym i klimatyzowanym. Inaczej rzecz ma się na górskich odcinkach (np. odcinek Ketama-Chefchaouen), gdzie droga przez góry trwa ok. 3 godzin, podczas których stary autobusik przesiąknięty zapachem benzyny pokonuje setki zakrętów i duże różnice wysokości. Klimatu dodaje fakt, że na wejściu kierowca rozdaje pasażerom worki na wypadek, gdyby zrobiło im się niedobrze. Większość z pasażerów z tych worków korzysta, co dodatkowo wzbogaca doświadczenia zapachowo-dźwiękowe podczas szaleńczej jazdy.
Prawdziwym luksusem są jednak autobusy chilijskie. Za równowartość kilkudziesięciu złotych można przejechać tam odcinek ponad tysiąca kilometrów (kurs nocny). Do dyspozycji mamy toaletę (o wiele czystszą niż w PKP i przestronniejszą niż w PolskimBusie. Siedzenia są w dużych odstępach, bardzo szerokie, wygodne i rozkładają się niemal na płasko oraz mają dodatkowe podpórki pod nogi. Nad głowami co kilka rzędów siedzeń są telewizory, z których niemal non stop (z przerwą w samym środku nocy) puszczane są amerykańskie filmy z hiszpańskim dubbingiem. Na dłuższych trasach są także za darmo serwowane zimne napoje (Cola, Sprite), a także posiłki (ciepła kolacja - ryż z kurczakiem i warzywami, kanapki z kurczakiem i serem, herbata). Za dodatkową dopłatą można dokupić dodatkowe posiłki.

wtorek, 13 stycznia 2015

Alkohol a odpowiedzialni rodzice

W Polsce nie do pomyślenia jest, że człowiek pije alkohol, gdy opiekuje się dzieckiem. Szybko można zostać zwyzywanym, posądzonym o skrajną nieodpowiedzialność czy wręcz patologię. Trzeba mieć szczęście, by nie zostać pozbawionym praw do opieki nad dzieckiem!
Mojej znajomej nawet ostatnio grożono, że trzeba na nią donieść, bo na jednym ze zdjęć, gdzie była opiekunką grupy dzieci, na jej stoliku stało piwo.

Tymczasem w Argentynie na porządku dziennym są rodzice sączący piwo całymi litrami, siedzący przy stoliku razem z dziećmi, które sączą sobie swoje soczki. Nikt się nie oburza, nie obrusza, a życie jest przyjemniejsze.

sobota, 10 stycznia 2015

Jedzenie miejscowe

W Chile, zwłaszcza w Santiago, bardzo łatwo można trafić na wózki, z których za kilka PLN sprzedawane są duże kubki orzeźwiającego napoju mote. To zwykły sok brzoskwiniowy z kawałkami brzoskwiń i dużą ilością gotowanej pszenicy. Nie tylko pyszny, ale i orzeźwiający oraz sycący. Do jedzenia za to najłatwiej znaleźć completo. Jest to właściwie zwykły hot-dog, tyle że ze wszystkim - to znaczy z majonezem, ketchupem i guacamole. Smakuje średnio, ale to kwestia gustu. Na szczęście można spotkac wiele piekarni, w których można kupić empanadas czyli pieczone duże pierogi z mięsem, serem, cebulą, kukurydzą czy czym kto lubi. Oczywiście podawane na ciepło. A dla prawdziwych łakomczuchów otwartych jest mnóstwo cukierni, w których można kupić i zwykle zjeść na miejscu przeogromne kawałki tortów i ciast, często pokrytych dulce de leche, a więc masą kajmakową. Nie należy zapomnieć też o pysznych i dość tanich owocach, takich jak truskawki czy wielkie czereśnie.
W Argentynie udało nam się zakosztować nieco przysmaków kukurydzianych oraz, a może przede wszystkim, steków. Tu nie ma się co rozpisywać.



środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt

Tydzień w samochodzie

W Argentynie okazalo sie ze rezerwacja naszego samochodu zostala anulowana, bo... nie maja samochodu. Udalo sie nam jednak zalatwic autko w innej agencji. Przez kolejne dni przemierzylismy dwa i pol tysiaca kilometrow podziwiajac po drodze najpiekniejsze krajobrazy, jakie dotad widzielismy, wjezdzajac na ponad 3300m npm, raz nawet zabierajac autostopowiczow. Jechalismy kazdym mozliwym rodzajem drogi - od mokrej gorskiej blotnistej, przez asfaltowe ciagnace sie kilkadziesiat kilometrow w idealnej linii prostej, kamienisre zawiewane przez piaskowe traby powietrzne, po wyschniete lub nawet nie koryta rzek.
Nasz hiszpanski jest coraz lepszy, jedna osoba pytala sie nawet gdzie sie go uczylismy!
Teraz, kiedy dotarlismy do Mendozy, czas na odpoczynek, zakupy i Święta. Dzis idziemy do kosciola na wczesna pasterke z nowym kolega z hostelu. Zabieramy ze soba nasz, przywieziony z Polski, oplatek. Bilet na autobus do Santiago juz kupiony. Za tydzien bedziemy z powrotem w Europie.

niedziela, 14 grudnia 2014

Nadrabianie zaleglosci

Mielismy pisac bloga w trakcie podrozy, a wyglada na to, ze bedziemy nadraboac wpisy dopiero w styczniu. Emocji, przygod, zdjec i opowiesci nie brakuje. Tylko czasu na uporzadkowanie tego tak.
W bardzo wielkim skrocie:
Z Santiago pojechalismy do Valparaiso gdzie wjezdzalismy ponad stuletnia kolejka na wzgorza i niemal poszlismy niechcacy zwiedzac fawele. W Concón jezdzilismy na koniach... po wydmach i po plazy..  galopem... nie do opisania!!! W parku narodowym La Campana spedzilismy dwa dni, R. zostal w nocy pod stolem posmyrany przez tarantule, widzielismy przepiekne krajobrazy i autentyczne polowanie na dzikie konie. Jezdzilismy tez stopem. Na plazy w Pichidangui spedzilismy 2 godziny, czyli niestety o poltorej za duzo. W La Serenie w koncu skosztowalismy owocow morza, a w pobliskim rezerwacie obserwowalismy wolno zyjace orki, foki i pingwiny. Wszedzie spotykalismy milych i zyczliwych ludzi, z ktorymi udawalo nam sie prowadzic, niekiedy dosc dlugie konwersacje, naszym lamanym podstawowym hiszpanskim. Po niemal dobowej podrozy luksusowymi autobusami dotarlismy na sam srodek pustyni do San Pedro de Atacama. Miasteczko przywitalo nas barwnymi i hucznymi obchodami swieta maryjnego w indianskim stylu, ale niestety na tym jego urok sie konczy. Na 2 tysiace mieszkancow sa dziesiatki agencji tyrystycznych, czesto oszustow. Na razie podziwialismy ksiezycowe skaliste krajobrazy i najbardziej rozgwiezdzone niebo na ziemi. Dzisiaj wstalismy o 4 rano, zeby wjecuac na ponad 4300m i podziwiac gejzery. W drodze powrotnej widzielismy vicunie, flamingi i tutejsze strusie, a nawet zamoczylismy stopy w goracych zrodlach. Aha, dzisiaj w nocy widzielismy najwiekszego w miasteczku psa. Jest bialy i ma na imie "Polak". Najwazniejsze jednak bylo dzisiaj to, ze moglismy poglaskac prawdziwe zywe chiliskie mieciutkie lamy!
Jutro wieczorem nareszcie bedziemy w Argentynie. Uwolnimy sie od wycieczek fakultatywnych na tydzien wypozyczajac samochod. Bedziemy przesuwac sie powoli z Salty w kierunku Mendozy, gdzie dotrzemy przed Wigilia. W drugi dzien Swiat powrot do Santiago.

wtorek, 2 grudnia 2014

Głową w dół czyli pierwsze kroki w Chile

Po parunastu godzinach w podróży w końcu dogoniliśmy lato. Bardzo staramy sie zrozumieć co do nas ludzie mówia, bo nasz hiszpanski jest bardzo ubogi ;) nie wstydzimy sie tego tylko uzywamy go, gadamy jak tylko jest okazja. Chilijczycy sa bardzo pomocni i skorzy do rozmowy. Jutro spróbujemy przejechac autostopem z Santiago de Chile do Valparaiso, o. 150km ot taka proba jak sie nie uda to wsiadziemy po prostu w autobus. Widzielismy juz tiry takie jak w USA, może taki nam sie zatrzyma ;)

poniedziałek, 10 listopada 2014

Sierpień

 Praca wre, pomagamy przy budowie domu ze słomy!





To już "lubińskie" klimaty :)




... i z Puszczykowa, afrykańsko 

na kajaki!


niedziela, 21 września 2014

Wieczne dzieciństwo

To niesamowite jak bardzo w dzisiejszych czasach duży wpływ mamy my sami - człowiek. Praktycznie teraz człowiek żągluje życiem i śmiercią. Ten człowiek staje się bogiem. Ale nie o takich wyborach chciałam dziś pisać. Chcę skupić się na przyjemniejszych sprawach. Zakładam z góry, że żyjemy w Europie.
Praca to jest temat, którym ostatnio żyjemy. Nam jako wiercipiętom, trudno wytrzymać w jednym miejscu, co za tym idzie trudno nas również wsadzić w ramy godzinowe, biurowe, porządkowe. Już samo zamiłowanie do podróżowania autostopem drastycznie łamie wszelkie konwenanse: zaufania drugiej osobie, otwartości, kwestie finansowe, bezinteresowność.
Ostatnio oglądałam na inspirującym portalu ted.com, że ludzie dorośli uśmieracają w sobie samych artystów. W dzieciństwie każdy przecież malował, śpiewał, grał, tańczył nie zarabiając na utrzymanie rodziny (nie mówię tu o przypadkach). Teraz wielu z nas usprawiedliwia się: "po co to kontynuować?"

Te najmłodsze dzieci ufają każdej napotkanej osobie. Według dorosłych to bardzo niebezpieczne. 

Myślę, że podróżnicy to ludzie, którzy za wszelką ceną chcą zatrzymać w sobie cząstkę dzieciństwa. Wielu z nas przecież wyjeżdżało z rodziną nad morze, nad jezioro, ale czuło zawsze się nieograniczonym stworzeniem. Dla dziecka nie ma państw, przejść granicznych, trudności w dogadaniu się polskiego dziecka z małym Amerykaniem bez znajomości języka. Język? Co to takiego?

Myślę, że my - autostopowicze, podróżnicy, travelerzy, włóczędzy, wędrowcy i inni jesteśmy skazani na wieczne dzieciństwo. Czy to źle?

czwartek, 29 maja 2014

Ludzie w drodze

W drodze jest wszystko co kochamy. Bezruch nas zabija. W drodze jest dobrze, czasem jesteśmy zmęczeni łapaniem kolejnego stopa, wtedy wybieramy rozwiązanie bardziej cywilizowane - autobus.
Po tygodniu znów wróciliśmy jak na przekór losowi do Wrocławia. Jeszcze dwanaście godzin temu wyjeżdżaliśmy z pod Monachium, a 48 godziny temu maszerowaliśmy w palącym słońcu w słoweńskiej dolinie.
Dobrymi, cudownymi ludźmi byliśmy otoczeni w czasie naszej tygodniowej podróży. Niebo przelewało się na ziemię w Polsce, Czechach, Austrii, Słowenii i Niemczech. Cuda działy się nad cudami, a anioły zeszły na ziemię. Wszystko niby przypadkowe układało się dla każdej pary podróżującej wtedy stopem w jedną logiczną układankę. Spotykaliśmy prawdziwych aniołów.
Teraz spokojnie możemy napisać, że Słowenia jest hitch-hiking friendly (przyjazna autostopowiczom). Wiele osób mówi płynnie po angielsku z brytyjskim akcentem(!). Byliśmy tym naprawdę mile zaskoczeni. Nie jest dla nas problemem "porozumieć się" z osobą, która nie mówi w żadnym nam znanym języku, ale przyjemniej zawsze poprowadzić dłuższą konwersację. Spod granicy austriacko- czeskiej do granicy austriacko-słoweńskiej zabrała nas Czeszka. Pani w średnim wieku, była autostopowiczka i wybawicielka pewnej pary z poprzednich MMA Sopot- Dubrownik. Rozmawialiśmy dla ułatwienia w języku czesko-polskim o dziwo rozumieliśmy wszystko. Jak nie można było się zrozumieć to na okrętkę, zmieniając słowa każde z nas zaczęło rozumieć. Słyszałam, że Słowaków jeszcze łatwiej zrozumieć niż Czechów, ale jeszcze nie mieliśmy okazji tego sprawdzić w praktyce.
Tak jak z Czechami łatwo złapać wspólny język, tak z Chorwatem z dostawczaka, było to mocno utrudnione. Chyba zależy to również od typu człowieka. 
Wielu Słoweńców w przeszłości podróżowało autostopem, dlatego w przeciwieństwie do Niemców (wielu z litości) bierze również autostopowiczów i dzieli się doświadczeniem i wiedzą "autostopowo- terenową", podwozi pod "jeszcze lepsze miejsca do łapania okazji". To jest bardzo bardzo miłe!

Trzeciego dnia w Słowenii mieliśmy zaplanowany spacer doliną ..... w Triglawskim Parku Narodowym. Jednak, żeby dojść do niej, trzeba było przejść przez parę wiosek. Krajobraz był wybitnie sielankowy. Szczerze to zazdrościliśmy ludziom tam mieszkającym takich widoków. Góry, zieleń, błękit nieba tego było nam trzeba! Jednak nasze tempo nie było oszałamiające. Długość doliny wynosi 17km. Szybko przeliczyliśmy, że musimy złapać okazję w Parku Narodowym, aby zdążyć jeszcze dziś dostać się na stację przed tunelem przez Alpy do Villach i opuścić Słowenię. Tak, aby w środę rano, a był poniedziałek, Robert mógł pójść na szkolenie w Warszawie. Idziemy okryci przed ostrym słońcem (przecież miał padać deszcz) jedzie auto! Okrycia w dłoń, pełna dyspozycja. Auto a w nim kobitka rozkłada ręce, bo ma zapakowany rower i pełno gratów. Mijaliśmy ją jeszcze dwa razy. Za drugim (byliśmy już w wiosce po drugiej stronie doliny) zatrzymała auto i podeszła nas się zapytać: dokąd? skąd? Niesamowicie sympatyczna i okazało się, że ma dziś jeszcze urodziny! Jechała całkowicie w inną stronę a nam zależało na przekroczeniu tunelu przy autostradzie. W parku Narodowym podwiózł nas busik szkolny całe 8km:) Potem stwierdziliśmy, że jest tak pięknie, że resztę przejdziemy na pieszo.

środa, 14 maja 2014

Daleka północ

Stało się tak, że już drugi raz w tym roku (i w ogóle drugi raz wspólnie) trafiliśmy do Warszawy. Tym razem przyszło nam zerknąć nieco na Pragę Północ.
Najpierw trzeba było tam dojechać. Wystarczy sprawdzić autobusy w internecie, pojechać, wysiąść, przesiąść się i... ale jednak nie. Na jednym małym skrzyżowaniu okazało się być co najmniej 5 przystanków (i trzy razy więcej tabliczek przystankowych) i akurat przejeżdżało przez nie 12 autobusów (w tym wiele przegubowych i jeden autobus techniczny) oraz dwie koparki. Akurat przez to skrzyżowanie przeciskała się również w tym samym czasie policja na sygnale. Wszystko to i tak poruszało się w ślimaczym korkowym tempie, więc lepiej było iść na pieszo...
Wokół kamienice stojące w niezmienionym stanie od 70 lat (odkąd ktoś wystrzelał w ich murach dziury), niektóre mają wprawdzie nowe okna, ale niektóre nie mają nawet framug i wlatują tam z rozpędu gołębie.






Na Brzeskiej wszędzie dresiarze i małe dzieci, w każdym podwórku rozświecony ołtarzyk Matki boskiej.




Tu budują apartamenty, nowe, piękne, ogrodzone bloki z zapierającym dech w piersiach widokiem na stare garaże i blaszaną budkę "mięso i wędliny". Obok przechodzi murzyńska para perfekcyjnie rozmawiająca ze sobą po polsku, Japończyk prowadzi psa większego od siebie. Gdzieś pomiędzy afrykańską szkołą tańca, serwisami Samsunga, Toshiby i Skody, opodal reklamy połączeń telefonicznych do najdalszych zakątków świata, zaraz obok sklepu monopolowego "Pentagram" czerwieni się wielkie polskie godło przy biurze komornika sądowego, a kilka metrów przed wejściem stoi płyta upamiętniająca poległych w tym miejscu powstańców.

W tym miejscu trawniki są szare, trawy nie ma na nich prawie w ogóle. Pod drzewem rozsypano coś co może być równie dobrze kocim żwirkiem, jak i trutką dla zwierząt. Ale jest prawdopodobnie jeszcze czym innym.

Jakiś mężczyzna w dżinsach podciągniętych niemal pod pachy przechodzi obok spłuczki, którą ktoś wyrzucił na środku chodnika. Gdzieś z góry słychać głos spikera opowiadającego o sytuacji w Polsce lat 70-tych - to ktoś przy otwartych na ościerz drzwiach balkonowych ogląda na cały regulator telewizję. Jakaś kobieta próbuje zaparkować równolegle wjechawszy najpierw całkowicie na chodnik, a dopiero później próbując wpasować się w miejsce parkingowe, nie zważając na pieszych, którym właśnie odebrała możliwość poruszania się. Ktoś inny szpanuje rozklekotamym autem i przejeżdża na pełnym gazie na wstecznym sto metrów. Ekipa remontująca wejście do klatki schodowej robi sobie jedną z licznych tego dnia przerw.

Grupa ludzi stoi na przystanku, który nie istnieje. Jakiś mężczyzna topless ogląda rozkopaną pod jego balkonem ulicę, podobnie robią jego sąsiedzi z obu poniższych balkonów, jednak już ubrani. Z kamienicy obok nikt się nie patrzy - tam okna są zabite dyktą.

Przy wejściu do centrum handlowego znak zakazu wnoszenia broni palnej. Tuż obok sklep "Cudowny Świat", gdzie indziej znajduje się "Centrum Dobra".

Wyjście z metra, które według znaków prowadzi na przystanek autobusowy, wcale na niego nie prowadzi, bo został on przeniesiony i trzeba się wracać do podziemi, żeby przejść na inną stronę ulicy. Kilka ulic dalej powstaje nowa linia metra - sądząc po rozmiarach budowy i długości trwania prac - metodą odkrywkową.

O tak, Warszawo, Dostarczasz wielu wrażeń! Jak człowiek charakterny każdego dnia inna, zmienna. Ma też swoje duże plusy





 Chopin wciąż żywy





Wbrew ostatniej wizycie w stolicy, teraz wiele się dzieje. Mogliśmy przebierać w ofercie teatrów. Niestety spośród pięciu dni w czasie których byliśmy w Warszawie, mieliśmy tylko jeden, kiedy mogliśmy pójść do teatru. Do teatru w krótkich spodniach? Dobrze, że była to komedia a nie Teatr Wielki ;)



później była nauka programowania
zdjęcie pochodzi z profilu Geek Girls Carrots



Mistrzostwa Autostopowe do Słowenii

Ruszyliśmy!!

I z bożą pomocą bardzo dobrze nam szło...

...jednak wieczorem nasza podróż nieco spowolniła...

...by rano przyspieszyć bardzo szybko...

...dzięki czemu dotarliśmy do celu i zajęliśmy 23.miejsce...

...potem nadszedł czas na zwiedzanie jaskini...

...i miasta...

...by nasz koci przewodnik...

...doprowadził nas w upragnione miejsce...


...później ruszyliśmy dalej w kierunku jedynej w kraju wyspy...


...by rozbić namiot...

...na fantastycznej miejscówce...



...chcieliśmy też przejść wielki wąwóz...


...jednak się nie dało...

...ruszyliśmy więc dalej w kierunku...



...orzeźwienia...

...krystalicznie czystej wody...


...śniegu...

...i oczywiście pięknych widoków...


...robiąc przerwę na obiad...

...unikając niebezpieczeństw...

...i znowu odpoczywając...

...by potem, nie bez przeszkód, ruszyć w drogę powrotną...


...by nasz autostopowy kilometraż wzrósł o 2725km